Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

8.06.2013
sobota

Śpiewać każdy może, czyli wszyscy jesteśmy twórcami

8 czerwca 2013, sobota,

Wszyscy jesteśmy twórcami, piszą Alek Tarkowski i Igor Ostrowski w „Gazecie Wyborczej”. Zgoda, twórczy potencjał to podstawowe ludzkie wyposażenie – pisałem niedawno w „Polityce” o wystawie „Sztuka epoki lodowcowej” w British Museum. Narodziny twórczości, czyli zdolności do ekspresji za pomocą symboli to narodziny współczesnego człowieka i nowoczesnego umysłu. Wydarzyła się to jakieś 40 tys. lat temu – z tego okresu pochodzą w każdym razie pierwsze dzieła sztuki, w tym genialna rzeźba Człowiek-Lew. Niezwykłe uczucie patrzeć na figurkę sprzed czterech dziesiątków tysięcy lat, stworzoną przez twórcę mieszkającego w jaskini i za tworzywo wykorzystującego mamucie ciosy.

Nie miał internetu, elektryczności, a jednak wydaje się bardzo bliski – jako człowiek Epoki Internetu nie odważyłbym się nazwać twórcy Człowieka-Lwa prymitywem, bo choć nie miał takich narzędzi technicznych jak ja, miał ten sam umysł. A do tego, żeby stworzyć dzieło, które zachwyca do dziś, żyć musiał w złożonej strukturze społecznej, zdolnej wspierać twórczą aktywność utalentowanych jednostek – wykonanie rzeźby wymagało setek godzin pracy, ktoś w tym czasie musiał karmić twórcę. Nasi bracia jaskiniowcy wychodzili zapewne z założenia, że choć wszyscy jesteśmy twórcami, to jednak nie wszyscy jesteśmy artystami. Rozwój kultury, tak jak rozwój społeczeństw polega na podziale pracy. Dzięki niemu powstają złożone, subtelne struktury zdolne tworzyć wielkie cywilizacje i bogate kultury.

Internet niczego co do zasady nie zmienił. Zwiększył efektywność podziału pracy w wymiarze globalnym, nie pozbawił jego sensu. To, że wszyscy jesteśmy twórcami, jak słusznie zauważają Tarkowski i Ostrowski nie oznacza, że wszyscy staliśmy się artystami. Jeśli zgubimy to subtelne, lecz zasadnicze rozróżnienie na twórcze uczestnictwo w kulturze i zdolność do tworzenia dzieł sztuki, zrealizujemy to, o czym marzył towarzysz Mao, tylko w domenie cyfrowej – Jaron Lanier nazywa to cyfrowym maoizmem.

Zmiana wynikająca z internetu nie polega na tym, że dziś po 40 tysiącach lat rozwoju Homo sapiens możemy podziękować artystom i przejąć ich rolę. Bo choć każdy śpiewać może, to jednak jeden lepiej, a inny gorzej. Mamy po prostu nowe zadanie – w nowym, cyfrowym podziale pracy zdefiniować role i zobowiązania tak, by artyści mieli z czego żyć. Wiedzieli o tym jaskiniowcy, powinniśmy pamiętać i my. A to oznacza, że tak jak w jaskini reszta hordy zrzucała się na rzeźbiarza, tak i dziś cyfrowi tubylcy muszą respektować zasadę, że sztuka i uczestnictwo w kulturze kosztuje. Jest, jak piszą Tarkowski i Ostrowski, dobrem wspólnym, co oznacza że, aby z niego korzystać, musimy się wcześniej nań zrzucić.

Instrumentem zarządzania dobrem wspólnym, jakim jest kultura i umożliwiającym jednocześnie życie artystom jest prawo autorskie. Wymyślone w epoce druku wymagało już wielokrotnie modernizacji w miarę rozwoju nowych technologii. Nie inaczej jest dzisiaj – cyfrowa rewolucja zmieniła wiele. W rewolucyjnym zachwycie nad możliwościami internetu nie ulegajmy jednak pokusie technologicznego i dziejowego determinizmu. To, że coś jest technologicznie możliwe – np. łatwe,  bezkosztowe dzielenie się kulturą nie oznacza, że wszystkie praktyki tego dzielenia się są jednakowo prawomocne.

Żaden technologiczny determinizm nie pozbawia twórcy prawa do decydowania o sobie, czyli także o sposobach kontroli owoców swojej twórczej pracy. Krystian Zimerman miał rację, gdy przerwał koncert w Essen na widok uczestnika filmującego występ na smartfonie. Bo miał prawo poczuć, że jego godność została naruszona rażącym naruszeniem reguł. Argumenty, że to reguły z innej epoki, nie przystające do czasów YouTube są co najmniej infantylne. Wolna kultura, podobnie jak wolna miłość wymaga zgody wszystkich stron relacji, inaczej relacja staje się gwałtem.

Z tego względu, ciesząc się z faktu, że wszyscy jesteśmy twórcami myślmy intensywnie, jak zapewnić godziwy i godny  byt artystom – to oni dostarczają tworzywa, byśmy wszyscy mogli być twórcami. Wiedzieli o tym jaskiniowcy. Chyba nie jesteśmy od nich prymitywniejsi.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Zastanawiam się skąd wiadomo, że bracia jaskiniowcy utrzymywali artystów-darmozjadów ? Osobiście mocno w to wątpię. Mieli średnio więcej wolnego czasu niż my, bo polowania i zbieractwo zajmowało ok 4 godzin dziennie. Przez resztę czasu albo odpoczywali, albo zajmowali się różnego rodzaju twórczością i rękodziełem. Jak ktoś potrafił zrobić w tym wolnym czasie coś, co się podobało innym to mógł to pewnie korzystnie wymienić na różne praktyczne rzeczy, takie jak groty do strzał, które też trzeba było umieć dobrze zrobić i wychodziło to pewnie tylko niektórym.

    Artyści „etatowi” pojawili się dopiero gdzieś w neolicie, kiedy pojawiło się rolnictwo i związana z tym koncentracja pracy i władzy. W modelu skoncentrowanym na „etatowych” artystów stać było tych, którzy kontrolowali nadwyżki – lud korzystał z pracy artystów w zasadzie bezpłatnie – słuchając np. utworów muzycznych w kościołach i tamże też obcując ze sztuką wizualną. Płacili im różnego rodzaju mecenasi, czyli ci, których było stać na takie hobby. Na ogół chodziło o zrobienie wrażenia na ludzie, albo żeby zrobić wrażenie na innych możnych.

    Dopiero w XVIII-XIX w. pojawiło się coś w rodzaju rynku kultury, w związku z tym, że pojawiły się techniki łatwego stosunkowo kopiowania utworów na masową skalę. Ten rynek zaczęli kontrolować ci, co mieli środki do masowego kopiowania. Biznes polegał na tym, że szukało się ludzi, którzy potrafili wykonać utwór, który miał szansę spodobać się masowemu odbiorcy. Taki twórca, który spodobał się ludowi był na wagę złota, bo ten interes opłaca się tym bardziej im większej liczbie osób spodoba się jego utwór. Można wtedy powielić ten utwór w milionach kopii i przy stosunkowo niskim koszcie produkcji czerpać zysk z monopolu na prawo do kopiowania. Jakość artystyczna takiego utworu jest bez znaczenia – nawet niedobrze jak jest zbyt „awangardowy”, bo ma się przecież podobać możliwie największej liczbie ludzi. Należy raczej dążyć do tego, aby gusty ludzi się unifikowały – a liczba artystów była możliwie mała, bo wtedy jest większa koncentracja zysku i łatwiej nadzorować swój monopol. Czyli warto mieć grupę – wcale nie najzdolniejszych, czy najbardziej twórczych artystów, ale takich, których twórczość skutecznie można masowo sprzedawać. I oczywiście warto było ich utrzymywać – nawet na wielokrotnie wyższym poziomie życia niż przeciętna i tak dzięki masowości nieźle się na tym wychodziło.

    A teraz mamy kolejną rewolucję – możliwość bardzo taniego i masowego dzielenia się utworami w modelu całkowicie rozproszonym. Z technicznego punktu widzenia właściciele możliwości masowej produkcji kopii utworów stali się zbędni. Starczy utwór wpuścić np. do torrenta i każdy sam go sobie pobierze i powieli na własny (znikomo mały) koszt. Jednocześnie – wiadomo, że „jeden śpiewa lepiej, inny gorzej”, ale „śpiewać” chce wielu, każdy na inny sposób i mogą się oni masowo reprodukować bez konieczności poddawania się kontroli właścicieli urządzeń do reprodukcji i kanałów dystrybucji kopii utworów. IMHO to jest dość oczywiste, że to wszystko zmienia. Trudno powiedzieć w jakim kierunku. Może dojdzie do zalania kultury amatorszczyzną? A może jednak prawdziwi „artyści” się przebiją? Albo powstanie wiele nisz, z których jedne będą większe, a drugie mniejsze? Ci co zajmą większe dadzą radę się utrzymać – choćby z reklam, a ci co zajmą mniejsze – po prostu będą to robić w wolnym czasie dla przyjemności „pośpiewania” dla kilkuset wiernych fanów?

    Tak czy owak, stary model (wąska grupa twórców + kontrolerzy produkcji kopii i kanałów dystrybucji) jest nie do utrzymania na dłuższą metę, chyba że środkami administracyjno-opersyjnymi zablokuje się jakoś tę przerażającą możliwość, że każdy może śpiewać i każdy może tego śpiewu posłuchać. Na masową skalę.

  2. Warto poczytać, zanim zacznie się wątpić. Lascaux i Altamirę zrobili amatorzy w wolnym czasie, zamówili przez DHL rusztowania, kupili w Amazonie barwniki, etc. A jedzenie kupowali kartą kredytową. Cztery godziny – o jakiej epoce myślisz? konkretnie

  3. Nie rozumiem, jak można tak jednoznacznie utożsamiać finansowanie artystów z prawem autorskim, jeśli jednocześnie samemu się przypomina, że to ostatnie jest zaledwie ułamkiem historii tego pierwszego.

    I nie rozumiem, jak można rzucać oskarżeniami o „technologiczny determinizm”, jeśli jednocześnie samemu się zwraca uwagę na historyczny związek prawa autorskiego z konkretnym kontekstem technologicznym.

    Generalnie wychodzi z tego tania próba absolutyzacji status quo. Świadczy o tym absurdalne i nieuzasadnione utożsamienie „kontroli owoców swojej twórczej pracy” z „decydowaniem o sobie”. Kiedy klient wychodzi z salonu tatuażu albo zakupiony obraz opuszcza galerię sztuki – artysta traci nad nim kontrolę. Nie znaczy to, że przestaje „decydować o sobie”. Kontrola nad książkami na mojej półce to jednak bardziej kwestia mojego – a nie ich autorów – decydowania o sobie.

    Równie absurdalna jest zresztą analogia do wolnej miłości. Wolna kultura nie jest jak wolna miłość. Wolna kultura jest jak wolność słowa – rzecz dokładnie w tym, że korzystanie z niej nie wymaga pytania nikogo o zgodę.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @Radek Czajka: Dzięki za komentarz, drobne wyjaśnienie : nie jednoznacznie – system prawa autorskiego jest elementem systemu zarówno finansowania, jak i ochrony twórczości. Od początku był i zawsze będzie kontrowersyjny, wielokrotnie o tym pisałem. Musi się zmieniać wraz ze zmianą technologiczną – jeśli piszę o determinizmie technologicznym, to w odniesieniu do osób, które jednoznacznie wiedzą, jaki kierunek zmian w systemie wynika ze zmiany technologicznej. Nigdy tak nie było, nie będzie i tym razem – rozmontowanie systemu praw autorskich może równie dobrze służyć odbiorcom, jak i nowym graczom rynkowym (nazwijmy ich przedstawicielami kapitalizmu cyfrowego), którzy z kolei wprowadzą inne formy kontroli i monopolu, by zwiększyć swoją marżę.
    Książki na półce oczywiście może Pan kontrolować, treść jednak nie należy do Pana – może Pan z niej korzystać w ramach wolności słowa, jeśli jednak wykorzysta Pan np. czyjś utwór np. wmontowując go w manifest partii faszystowskiej lub reklamy proszku do prania bez zgody autora, będzie to zwykły gwałt, a nie wolność słowa. Jestem np. za modernizacją prawa autorskiego przez licencje Creative Commons, miałem przyjemność towarzyszyć narodzinom CC w Polsce – niewiele osób jednak ciągle zauważa, że CC będą miały sens wówczas tylko, kiedy prawo autorskie będzie bardzo silną instytucją – CC oznacza bowiem pełne prawo autora do decydowania o zakresie ochrony swojego dzieła, z rezygnacją z tej ochrony włącznie. Żeby taka wolność działała, instytucja ochrony musi być silna. Podobnie z GPL w wolnym oprogramowaniu – wolność wymaga silnego ładu aksjonormatywnego i instytucji go wspierających.

  6. Panie Edwinie! No ale przecież w prawie autorskim i kwestiach z nim współcześnie związanych nie chodzi o wynagrodzenie artystów, które było, jest i będzie – kiepskie. Chodzi o POŚREDNIKÓW którzy chcą kontrolować sprzedaż ich działa. W zasadzie – o klasyczną kontrolę praw majątkowych za pomocą zmyślnych zapisów prawa gwarantowanych przez państwo w zamian za możliwość ingerencji w proces wydawniczy ( kiedyś cenzura, dziś – przyjazny PR). Tak było od początku powstania prawa autorskiego w Anglii – gdzie służyło ono interesom drukarzy anie pisarzy i tak jest do dziś.
    Prawo autorskie nie ma niemal nic wspólnego z autorami….

  7. Również dziękuję za odpowiedź.

    Zacznę od miejsca, w którym się zgadzamy, a które jest być może najbardziej interesujące. Oczywiście że mechanizmy kontroli nad kulturą są różne – np. w interesie tzw. „nowych graczy” jest wymiana kontroli nad treścią na kontrolę nad obiegiem treści, a z kolei w interesie muzealników jest obrona elitaryzmu „ludzi poważnie zajmujących się sztuką” – co nie znaczy, że musimy się godzić na ten wybór między dżumą a cholerą. Dlatego pełna zgoda – sprawa nie sprowadza się do prostackiego pytania „czy rozmontować prawo autorskie” ani nawet „jak zmienić prawo autorskie”, ponieważ kwestia kontroli nad narzędziami obiegu treści jest z tym tematem silnie powiązana, a nie mniej istotna. Tyle że odwrót w stronę silnego prawa autorskie ingerującego w prywatność użytkowników też nie jest rozwiązaniem problemu. To jest bieganie z deszczu pod rynnę. Chodzi o znalezienie rozwiązania (bądź rozwiązań), które zagwarantuje prawa użytkowników, stworzy mechanizmy finansowania publicznego dobra, jakim jest kultura, i uchroni nas przed nowymi władcami obiegu treści. Być może kluczem jest poluzowanie prawa autorskiego w kierunku obiegu niekomercyjnego, a wzmocnienie kontroli nad obiegiem komercyjnego. W każdym razie na pewno widać już, że prawo autorskie nie jest jednym tylko suwakiem, który na jednym końcu ma monopol, a na drugim wolność.

    W kwestii gwałtu przez manifest partii faszystowskiej: osobiście uważam, że wykorzystywanie majątkowych praw autorskich do cenzury, czyli powstrzymywania wypowiedzi np. przeciwników politycznych, jest nadużyciem monopolu godzącym bezpośrednio w wolność słowa. Do tego celu mamy przepisy o ochronie dóbr osobistych, chroniące autorów, tak samo jak innych ludzi, przed fałszywym sugerowaniem poparcia dla obcej nam idei. Można dyskutować, na ile majątkowy monopol autora w obecnym kształcie jest dziś dobrym narzędziem finansowego wspierania sztuki, ale argument, że prawo autorskie jest fajne, bo pozwala zabrać komuś przynajmniej niektóre sposoby głoszenia niefajnych poglądów, zupełnie do mnie nie trafia. To jest wręcz jeden z realnych problemów prawa autorskiego – że jest narzędziem cenzury, wręczając komuś narzędzia kontrolowania, jakie treści kultury mogą być użyte do głoszenia jakich poglądów. Por. też http://www.huffingtonpost.com/shawn-ahmed/how-google-helps-islamic-_b_3385181.html

    Uzasadnione moralnie są natomiast moim zdaniem te elementy praw autorskich (osobistych), które w istocie są ochroną prywatności autora (kwestia pierwszego upublicznienia utworu) i ochroną przed zniesławieniem (kwestia uznania autorstwa i integralności utworu).

    I owszem – wolne licencje opierają się dziś na obowiązującym kontekście prawnym – bo na czym innym by miały. Nie znaczy to jednak, że wolna kultura bądź wolne oprogramowanie poza tym kontekstem tracą sens. Creative Commons jako instytucja faktycznie przyjmuje punkt widzenia „autora rozporządzającego wykorzystaniem utworu”, ale już np. FSF czy freedomdefined.org przeciwnie – skupia się przede wszystkim na prawach użytkownika, licencję traktując jako hack prawny. Retoryka CC – oparta na uznaniu absolutnych przywilejów autora i mówiąca o dobrowolnych zrzeczeniach – to nie jest obowiązująca retoryka wolnej kultury. Wolna kultura mówi o wolnościach uczestników kultury, a nie o sposobach sprawowania władzy przez autora.

    Creative Commons (w przeciwieństwie do wolnej kultury) to zresztą często pojawiający się w dyskusjach łatwy punkt pozornej zgody – w istocie omijający całą kwestię systemowej analizy układu sił, praw i przywilejów, nie wymagający żadnego krytycznego spojrzenia i zastanawiania się nad podstawowymi wartościami, którym prawo autorskie ma służyć. Jakkolwiek niektóre licencje CC (te wolne) są świetnym narzędziem wolnej kultury, to trudno mi powiedzieć, w jakim sensie właściwie są one „modernizacją” prawa autorskiego.

  8. „Cztery godziny – o jakiej epoce myślisz? konkretnie”
    Pozwolę sobie odpowiedzieć zamiast przedmówcy.

    Te dane (4-5 godzin) to konsensus naukowy dotyczący paleolitu. Podstawowe źródło to oczywiście etnografia, jakkolwiek współczesne społeczności łowiecko-zbierackie nie bez powodu nazywa się żywymi reliktami. Że inny klimat? Mówimy o plemionach żyjących w bardzo różnych warunkach i strefach klimatycznych (od Aborygenów po Innuitów), nigdzie ta liczba nie przekracza 8 godzin, możemy też zrobić analizę porównawczą i wyciągnąć wnioski o wpływie klimatu: główny wniosek jest taki, że chłodny klimat wymusza dominację łowiectwa, jako metody zdobywania pożywienia – bardziej wymagającej, ryzykownej i nieprzewidywalnej, ale wcale nie bardziej czasochłonnej. Inny kontekst? Prawda, dzisiejsi łowcy-zbieracze mają bardzo ograniczone możliwości w porównaniu z paleolitem (chodzi o przestrzeń do migracji w poszukiwaniu zasobów, która w takiej gospodarce jest koniecznością). Do tego niektóre modele OFT (teoria optymalnego żerowania – stosowana szeroko w biologii) zdają się dobrze opisywać alokację czasu w łowiecko-zbierackich społecznościach (poniekąd zdumiewające, ludzie generalnie nie słyną z optymalnych zachowań). Jeszcze parę rzeczy mi przychodzi do głowy, ale nie chcę się rozpisywać, bo umowa o pracę zobowiązuje mnie do innej alokacji czasu w tym momencie 😉

    „Warto poczytać, zanim zacznie się wątpić.”
    Bardzo słuszna uwaga! Ze swojej strony polecam choćby:
    Daniel G. Bates i Judith Tucker (pod red.) „Human Ecology: Contemporary Research and Practice”
    Yehudi A. Cohen (pod red.) „Man in Adaptation: The Cultural Present”

  9. ,,…dziś cyfrowi tubylcy muszą respektować zasadę, że sztuka i uczestnictwo w kulturze kosztuje…” słuszne ale dzisiaj coraz mniej aktualne, niestety sporo osób nie musi i nie chce respektować tego faktu,dlaczego? bo nie muszą ! bo kto ich skontroluje że muzyka czy film jest ściągnięty z neta? Odpowiem nikt, może 1 na milion wpadnie przez przypadek z piratami, ale w naszym kochanym kraju to jak znalezienie czterolistnej koniczynki na łące.

  10. @0X00: dzięki, zwłaszcza za lektury. I także polecam:
    David Lewis-Williams, The Mind in the Cave: Consciousness and the Origins of Art
    Steven Mithen, The Prehistory of the Mind: The Cognitive Origins of Art, Religion and Science
    A także katalog wystawy „Art of the Ice Age”. Generalnie kluczowa jest teza o koewolucji umysłu i struktury społecznej. Odsyłam do artykułu w Polityce. Pozdrawiam

css.php