Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - blog Edwina Bendyka Antymatrix - blog Edwina Bendyka Antymatrix - blog Edwina Bendyka

10.05.2015
niedziela

Popieram studentów Uniwersytetu Warszawskiego

10 maja 2015, niedziela,

UW1Studenci Uniwersytetu Warszawskiego od kilkunastu już dni protestują – zapalnikiem stał się projekt nowego regulaminu studiów zaostrzający rygory poprzez m.in. wprowadzenie odpłatności, gdy pracę dyplomową będzie się chciało złożyć po regulaminowym terminie (zgodnie z dotychczasowymi regulacjami studenci mieli dodatkowo dwa lata po uzyskaniu absolutorium na przygotowanie pracy dyplomowej).

Szczegółowe motywy protestu najlepiej prezentują sami zainteresowani, strategicznie jednak chodzi o coś innego, co nazwać należy ideą uniwersytetu. I właśnie z tego względu popieram studencki protest.

Jak tłumaczą studenci – nie chcą, po pierwsze, by decyzje dotyczące ich spraw zapadały bez rozmowy z nimi. Po drugie, przeciwstawiają się tendencjom do komercjalizacji Uniwersytetu.

O to samo walczyłem z kolegami 30 lat temu – jako członek zarządu Samorządu Studentów UW i członek Rady Studenckich Kół Naukowych. Czasy były odmienne, a bezpośrednie powody protestów różne: w 1985 r. zbuntowaliśmy się przeciwko odwołaniu z przyczyn politycznych dziekana i prodziekana ds. studenckich na Wydziale Chemii. Wtedy bunt okazał się nieskuteczny, a głównym argumentem władzy była groźba rozwiązania i podziału Uniwersytetu.

Mobilizowały nas także sprawy studenckie – jedną z gorętszych okazał się plan wprowadzenia opłat za stłuczone szkło laboratoryjne. Tu wyszło na nasze. Walczyliśmy także o wprowadzenie oceny pracowników dydaktycznych przez studentów.

Pod tym, co działo się na wierzchu, trwała także podziemna walka polityczna. Samorząd przenikał się z NZS, wydawaliśmy prasę – moja przygoda to „MIŚ” i „Grizzly”, może ktoś pamięta. Szczerze się wzruszyłem, gdy kilka lat temu przyjechałem z wykładem na Uniwersytet do Opola, a tam w gablocie przed aulą leżały archiwalne egzemplarze.

Codzienna rutyna pracy polegała na uczestniczeniu w posiedzeniach Rady Wydziału i Senatu – które służyły nagłaśnianiu ważnych dla nas spraw, od tych o charakterze socjalnym po polityczne, jak legalizacja NZS. Mieliśmy wtedy poczucie, że niezależnie od opresji PRL-owskiej rzeczywistości, która wnikała do wnętrza uczelni za pośrednictwem aparatczyków z PZPR, Uniwersytet był przestrzenią autentycznej wolności oraz wspólnotą profesorów i studentów.

Nigdy nie zapomnę dziekana Wydziału Chemii, prof. Stanisława Rubla, który błąkał się w nienagannym garniturze po bezdrożach Beskidu Niskiego, by dotrzeć do obozu naukowego ukrytego w bazie harcerskiej w Lipowcu. I nie zapomnę też rektora, prof. Grzegorza Białkowskiego, z którym negocjowaliśmy warunki bezpieczeństwa dla studentów w trakcie strajku w 1988 r. Był po naszej stronie, choć odpowiedzialny za uniwersytecką całość musiał wypracować z nami kompromis. I On, i my wiedzieliśmy, że PRL-owska władza uznawała autonomię uczelni tylko w ustalonych przez siebie granicach.

Mając w pamięci tamten Uniwersytet, zdziwiłem się, gdy wczoraj mój syn – student UW – powiedział mi, że został usunięty z uniwersyteckiego dziedzińca przez ochroniarzy za to, że rozdawał ulotki informujące o studenckim proteście. Nie o taki Uniwersytet walczyłem, organizując protest w 1985 r. czy angażując się w strajk w 1988 r.

Dlatego popieram studentów dzisiaj, ufając, że walczą o tę samą ideę Uniwersytetu, o jaką my walczyliśmy przed laty. I niemniej ufam obecnemu rektorowi, prof. Marcinowi Pałysowi, że tę ideę reprezentuje, a najlepszym sposobem na kompromis jest metoda, jaką w 1988 r. zastosowaliśmy z prof. Białkowskim – szczera rozmowa i twarde negocjacje oparte na wzajemnym szacunku.

Uniwersytet to nie przedsiębiorstwo, a jego idea jest starsza od większości systemów i doktryn politycznych.

Informacja: od stycznia jestem związany z Instytutem Studiów Społecznych UW, w ramach struktury DELab tworzę Laboratorium Miasta Przyszłości.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. „Krętaczom na pohybel!”

    Ma Pan rację, studentów trzeba popierać jak wiedzą czego chcą… czym innym jest zadyma, a czym innym praworządność i autonomia Uniwersytetu. Również nie o to nam chodziło w 1981…
    Pozdrawiam.

  2. Panie Redaktorze,
    w sprawie wielu postulatów studenckich wyrażanych w tym proteście mam mieszane uczucia… Mało mam czasu i miejsca żeby opisać szczegóły, ale warto zapoznać się też z wyjaśnieniami Rektora UW i odpowiedziami studentów. Cytuję:
    „JM Rektor w punkcie trzecim swojego listu, w którym mowa o odbyciu konsultacji, nie wspomina o tym, że konsultacje społeczne są czymś odrębnym wobec zwykłej procedury legislacyjnej. To prawda, że projekt był dyskutowany przez gremia, w których zasiadają studenccy reprezentanci. Nie można jednak uznać za konsultacje społeczne opiniowania przedłożonego projektu przez poszczególne organy samorządu studenckiego, bez możliwości bezpośredniego uczestnictwa pozostałych studentów. W tak ważnej sprawie jak nowelizacja Regulaminu Studiów nie umożliwiono wypowiedzi każdemu zainteresowanemu.”
    Traktujmy poważnie nasze organy przedstawicielskie i wybory do nich, zarówno w kraju jak i na uczelniach….
    Zgadzając się ze studentami ze UW to nie firma i że wiele elementów życia akademickiego ulega i szkodliwej presji biurokratyzacji i fatalnym przeregulowaniom, trudno mi przejść do porządku nad tym, że terminy i pewne nieuniknione rygory studiowania są czymś złym. Moja praktyka jako wieloletniego nauczyciela akademickiego jest taka, że bardzo rzadko zdarzają się skuteczne obrony po latach od zakończenia studiów. Regulamin powinien mobilizować studentów do regularnej pracy, nie wykluczając, w wyjątkowych sytuacjach, specjalnego postępowania. Ten warunek proponowany regulamin w rozsądnym zakresie spełnia.

  3. Prostest skierowany nie tam, gdzie powinien.

    Miałem okazję pracować na dwóch polskich uniwersytetach. Teraz pracuję na komercyjnym, zachodnim, czyli dokładnie takim, przeciwko któremu protestują studenci.

    Dzięki komercjalizacji i korporacyjności mam swobodę uprawiania nauki. A to dlatego, że dokładnie wiem co, kiedy i dlaczego. Struktura uczelni jest tak zorganizowana, że nie muszę dublować pracy kogoś innego (np. pracownika administracyjnego w księgowaniu budżetu projektu), mam pieniądze na badania i codzienną pracę (np. nie muszę przynosić własnej myszki do komputera), znam ścieżkę swojej kariery i wiem kiedy i za co będę promowany, nie muszę harować w nieograniczonych godzinach tylko po to, żeby zadowolić szefa i jego klikę.
    Po 5 latach pracy na „komercyjnym uniwersytecie” nie chcę wracać na „uniwersytet wolnomyślicielski”. Wbrew pozorom to ten drugi bardziej mnie ograniczał.

  4. Jako absolwent zachodniego „komercyjnego uniwersytetu” w pełni zgadzam się z komentarzem dorcusa. Tak dobrej organizacji zajęć, dostepu to materiałów, sprzętu, wykładowców i szelkiej pomocy życzę wszystkim polskim studentom.

css.php