Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - blog Edwina Bendyka Antymatrix - blog Edwina Bendyka Antymatrix - blog Edwina Bendyka

27.08.2016
sobota

Twierdza Teatr

27 sierpnia 2016, sobota,
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Marsz pod Urząd Marszałkowski, fot. Edwin Bendyk

W Teatrze Polskim we Wrocławiu miało być tak, jak niestety bywa w polskim życiu kulturalnym.

Niewygodnego dyrektora miał zastąpić wygodny, powołany w zdumiewającej zgodzie ponad partyjnymi podziałami. Zespół, publiczność i środowiska kultury z całego kraju powiedziały dość. W piątek setki osób zebrały się w teatrze, a następnie przemaszerowały pod Urząd Marszałkowski, by bronić tej wyjątkowej sceny.

O sednie sprawy pisałem krótko w poprzednim wpisie, świetnie istotę problemu komentuje Mike Urbaniak w tekście „Perła rzucona przed wieprze”:

Krzysztof Mieszkowski jest krnąbrny i bezczelny. Nie ma w sobie za grosz pokory, nie para się dyplomacją. Często jest irytującym chwalipiętą. Bardzo nie lubi przymilać się do urzędników i polityków (dzisiaj sam jest posłem). To generalnie typ, który by znakomicie funkcjonował w Stanach Zjednoczonych, gdzie szczególnie się ceni ludzi odnoszących spektakularne sukcesy i mających dużą siłę przebicia. W Polsce takich się przede wszystkim nienawidzi, w świecie teatralnym wzbudzają głównie zawiść – szczególnie kiedy się zaczyna mówić i pisać o ich teatrze „najlepsza polska scena” albo „wrocławski teatr narodowy”. Bo taki mniej więcej status osiągnął w ostatnich latach Teatr Polski we Wrocławiu, status teatru narodowego – wielkiej sceny wielkich artystów wystawiających wielkie inscenizacje na wielkie tematy. To dzisiaj teatr publiczny przez wielkie „P”, chluba już nie tylko Wrocławia czy Dolnego Śląska, ale kraju. To teatr podziwiany od Paryża do Pekinu, gdzie gra spektakle kończące się owacjami na stojąco. Teatr krnąbrny i bezczelny jak jego dyrektor.

Co się robi z takim teatrem?

Teatr Polski próbowali zniszczyć politycy Platformy Obywatelskiej (partia kulturalnych szkodników), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jaki kraj, taka lewica), Polskiego Stronnictwa Ludowego (wieś tańczy, wieś śpiewa) oraz Prawa i Sprawiedliwości (Sieg Heil!), bo tak naprawdę różnice między nimi są niewielkie. Polityków wszystkich tych partii łączy kompletny brak wiedzy o kulturze, filozofia prowadzenia kulturalnych instytucji polegająca na obsadzaniu dyrektorskich foteli kolegami gwarantującymi mierną politykę repertuarową świętego spokoju oraz cierpienie na dolegliwość, którą w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób oznacza jest symbolem F70 czyli debilizm.

Nad zagadką antykulturalnych energii w polskiej polityce zastanawialiśmy, wracając z Wrocławia z aktorkami Teatru Polskiego, Romanem Pawłowskim z TR Warszawa i Pawłem Sztarbowskim z warszawskiego Powszechnego. Roman podsumował na fejsbuku:

W jakim stopniu decyzja dolnośląskich urzędników, niszcząca unikalny charakter Teatru Polskiego jest wynikiem cynizmu i zakulisowych układów, a w jakim jest przejawem wieloletniego spychania kultury roli rozrywki i wypełniacza wolnego czasu. Czy to nie fakt, że media umieszczają informacje kulturalne w dziale rozrywka lub life style jest zachętą do oddawania publicznych teatrów takim postaciom, jak Cezary Morawski, aktor telenowelowy? Czy to nie powtarzanie na okrągło, że teatr jest produktem i ma przede wszystkim zarabiać oraz bawić, sprawiło, że politycy nie odróżniają farsy „O co biega” od „Dziadów” i „Wycinki” i dziwią się, gdy ktoś im wskazuje różnicę? Czy to nie pomieszanie pojęć kultury wysokiej i niskiej, komercyjnej i artystycznej leży u podstaw tego fundamentalnego nieporozumienia, które sprawia, że w całej Polsce ciekawe, żywe teatry zamieniają się w sceny estradowe, grające farsy ze stołecznymi gwiazdami? Myślę, że aby rozwiązać pat wokół scen we Wrocławiu, Toruniu, Białymstoku i innych miastach, musimy odbudować szacunek dla kultury, wyciągnąć ją z wesołego miasteczka, do którego wysłali ją liberałowie i nadać jej znów wartość. We Wrocławiu ujęto to bardziej dosadnie: „Miasto chałtury, nie kultury” – krzyczeli demonstranci pod Urzędem Marszałkowskim.

W obu analizach są oczywiste emocje, które zrozumie każdy, kto po nocy tłukł się Polskim Busem, wracając z premiery w Teatrze Polskim, gdy jeszcze nie dojeżdżało do Wrocławia Pendolino, a połączenie drogowe np. z Warszawą zniechęcało do jakichkolwiek podróży. Ale też z obu tych wpisów wyczytać można poważniejszy problem, z którego wynika, że idiotyczna, niszczycielska polityka kulturalna uprawiana przez wszystkie praktycznie siły polityczne jest skutkiem, a nie przyczyną poważniejszego procesu, który nazywam „kryzysem kultury”.

Wyrazem tego kryzysu jest pomieszanie pojęć, kategorii i hierarchii wskazane przez Pawłowskiego. Wynika ono jednak w dużej mierze z tych samych przyczyn, z jakich mimo kryzysu kultury nie ma kryzysu w kulturze, przeciwnie – obserwujemy rozkwit form twórczości, zaangażowania i uczestnictwa. Niestety, ta rzeczywistość umyka nie tylko percepcji polityków i urzędników, ale często też zawiadujących instytucjami kultury i sztuki.

Nie wystarczy wymagać od polityków, by nabrali kulturalnej ogłady i estetycznych kompetencji. Trzeba też cały czas pracować nad argumentami, które tłumaczyłyby nie tylko wiernej i przekonanej publiczności, lecz całemu społeczeństwu, dlaczego Teatr Polski we Wrocławiu jest ważny dla kultury polskiej i jako takiej, dla kultury uniwersalnej. Że jest wehikułem, który lepiej niż wszystkie rządowe delegacje tłumaczy Chińczykom Polskę za pomocą „Dziadów” wystawionych przez Michała Zadarę. To tłumaczenie to nasza robota, nie polityków. Jeśli robiliśmy to nieskutecznie, to nasza wina (nasza, czyli ludzi mediów i kultury).

Cieszę się z piątkowej manifestacji w obronie Teatru Polskiego, bo pokazała, że jest energia, by bronić najcenniejszych zasobów, co dobrze wróży przed zbliżającym się Kongresem Kultury. Manifestacja ta, a zwłaszcza niezwykła jak na polskie warunki solidarność środowisk, pokazała, że chyba nastąpił też jakiś przełom.

Pamiętam, że gdy kilka miesięcy temu prowadziłem we Wrocławiu (w Teatrze Polskim zresztą) debatę w sprawie nie przedłużenia angażu dla Doroty Monkiewicz, dyrektorki wrocławskiego Muzeum Współczesnego, czuć było w powietrzu strach. Zwykły strach, że poparcie dla koleżanki może wywołać represje ze strony władzy monopolizującej środki na działalność kulturalną. Okazało się, że potulność i tak nie chroni przed chorobą zdiagnozowaną przez Mike’a Urbaniaka.

Uzupełnienie po komentarzu Karoliny Freino na fejsbuku:

Ciężko polemizować z odczuciami, ale jednak spróbuję. Pisze Pan, że w czasie dyskusji o MWW czuć było strach. W moim odczuciu był to jednak czas właśnie jakiegoś przełomu, pierwszych kroków budowania solidarności ludzi kultury we Wrocławiu. Nie zapominajmy (i doceńmy), że wtedy petycję w obronie Doroty Monkiewicz podpisali m.in. Roman Gutek, Piotr Krajewski, Konrad Imiela, Jarosław Fret, czyli osoby bezpośrednio zależne od miejskiego budżetu. Listy poparcia wysyłały różne instytucje i stowarzyszenia sztuki w Polsce. Oczywiście działania wokół MWW nie były tak spektakularne, ale to też przewaga sztuk performatywnych

Moje uzupełnienie: nie miałem oczywiście na myśli tych, którzy wystąpili w sprawie Doroty Monkiewicz, tylko to że w tle za postawami solidarności wyraźnie też widać było (zresztą artykułowane wprost, w rozmowach prywatnych, obawy). Ale coś się wtedy wydarzyło, bez czego być może taka mobilizacja, jak 26 sierpnia byłaby niemożliwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod Urzędem Marszałkowskim, fot. Edwin Bendyk

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php