Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - blog Edwina Bendyka Antymatrix - blog Edwina Bendyka Antymatrix - blog Edwina Bendyka

3.03.2015
wtorek

Bibliomachia. Dukaj o przyszłości książki i lektury

3 marca 2015, wtorek,

114583-ksiazki-1W najnowszym magazynie „Książki” jak zwykle wiele dobrego do czytania, polecam jednak szczególnej uwadze esej „Bibliomachia” Jacka Dukaja – o przyszłości książki i lektury.

Pisarz wyjaśnia zasadniczą różnicę między lekturą książki papierowej i e-booka, zwłaszcza podłączonego na stałe do Sieci.

… kluczową zaletą tradycyjnej książki nie jest UŁATWIENIE LEKTURY. Tekst na ekranie kindla bywa strawniejszy. Czcionka samodzielnie wybrana – przyjaźniejsza dla oczu. Łatwiej kliknąć tytuł w wirtualnym katalogu, niż zdjąć tom z półki. Wyższość niematerialnej formy książki nad formą papierową sam poczułem wyraźnie w kręgosłupie, dźwigając w trakcie przeprowadzki kolejne setki tomiszczy upakowanych w kartonowe cegły.

Papierowa książka służy czemu innemu: ZAWĘŻENIU POLA UWAGI.

Zwracając uwagę na zalety książki papierowej, Dukaj nie biada nad ewentualną smutną przyszłością tego nośnika kultury, gdy świat zdominują digital natives, dla których to e-book jest synonimem książki.

Książki elektroniczne wcale tak szybko nie zdobywają świata, jak zapowiadali progności z firm konsultingowych. Co ciekawe, elity Krzemowej Doliny chronią swoje dzieci przed wpływem przedwczesnej digitalizacji, zostawiając ją ludowi wiedzionemu na ogłupienie przez technooptymistów przekonanych, że za sprawą cyfrowych podręczników i książek będzie można uczyć lepiej, znaczy efektywniej.

Być może efektywniej, ale czy lepiej? Wspomniane elity wolą nie próbować na swych pociechach i wysyłają je np. do szkół wldorfskich, wolnych od technologii. Kto umie posługiwać się kredkami i plasteliną, poradzi sobie i z myszką komputerową.

Dukaj jednak jest przekorny. Gdy już opisze, co robi kalifornijska elita, zmienia front:

Świat, w którym ci digital natives będą trzydziesto-, czterdziestolatkami pracującymi w nowych zawodach na nowych stano- wiskach w otoczeniu nowych technologii, jeszcze nie istnieje. I nie mamy żadnej gwarancji, że to waldorfianie-tradycjonaliści staną się jego Elojami, a wychowankowie iPada i smartfona – Morlokami. Być może czytanie książek wcale nie okaże się warunkiem odniesienia sukcesu – tak jak bynajmniej nie upadła cywilizacja w momencie przejścia od kultury słowa mówionego i osobistej pamięci do kultury pisma. Czasami większość miewa jednak rację.

Bo w sumie nie chodzi o książkę – nośnik – tylko o literaturę i zdolność snucia opowieści:

Usiłuję tu nakłonić Państwa do spojrzenia na literaturę nie jako na realizację tekstowo-papierowego estetyzmu, lecz na continuum narracji o różnym stopniu „literackości”, od poezji i prozy aż do sztuk jeszcze nieistniejących, wyłaniających się na naszych oczach z chaosu nowych technologii i mediów. Samemu nadal przecież pozostając przywiązanym do najbardziej klasycznych form powieściowych.

Literatura zdaje mi się bowiem czymś zewnętrznym, potężniejszym i pierwotniejszym wobec książki papierowej, elektronicznej czy kolejnych jej inkarnacji.

I nawet jeśli sprawdzi się ten radykalny scena- riusz, w którym miliardy digital natives będą już fizjologicznie niezdolnymi do lektury książek, a nieliczni amisze-waldorfianie wymieniać się będą w urokliwych klubach retro bukinistycznymi reliktami zdezaktualizowanej elitarności – nie musi to oznaczać końca literatury.

Dobry tekst, przy okazji Jacek Dukaj wspomina debatę „Człowiek – Maszyna”, w jakiej uczestniczyliśmy dwa lata temu podczas poznańskiej Malty, wypominając mi, że pokazałem wówczas listę najpopularniejszych e-booków wydanych samodzielnie (self-publishing) w Amazonie – wśród autorów książek o nakładach milionowych nie było znanych mi (jak miałem podkreślić) autorów.

Dwa lata temu podczas panelu w trakcie festiwalu Malta, odbywającego się akurat pod hasłem „Człowiek – maszyna”, Edwin Bendyk z „Polityki” dowodził fundamentalnej odmienności literatury e-bookowej, prezentując listy bestsellerów Amazona z działu self-publishing – książek elektronicznych „wydawanych” przez samych autorów dzięki bezpośredniej umowie z Amazonem. Za dowód posłużyło mu to, iż w ogóle o tych autorach i tytułach nie słyszał, pomimo iż sprzedawały się tam w milionach.

I dalej:

Redaktor „Polityki” nie znał więc tych pisarzy i książek nie dlatego, że zrobiły karierę jako e-booki; tak samo nie zna dziesiątków tytułów i autorów hitowych romansów, thrillerów, przygodówek YA itp. wydawanych na papierze. Zna dobrze autorów głośnych w jego kręgu kulturowym książek o nakładzie tysiąca czy dwóch tysięcy egzemplarzy; nie zna au- torów czytanych przez dziesiątki i setki tysięcy nie dlatego, że funkcjonują oni poza papierem, ale dlatego, że funkcjonują poza jego horyzontem kultury.

Czy mamy przez to rozumieć, że literatura e-bookowa równa się literaturze popularnej?

Jeśli nawet – to czy jest to taka sama literatura popularna jak dotąd?

Uwaga słuszna, z drobną tylko uwagą – nie dowodziłem wtedy niczego, tylko jako moderator panelu wrzucałem kilka ilustracji mających zilustrować tezy do dyskusji o stanie kultury w epoce digitalizacji. Czy nie staje się ona (nawiązując do tytułu konferencji) coraz bardziej maszynowa. Jacek Dukaj w kapitalnym wówczas wystąpieniu opowiedział o coraz bardziej maszynowej produkcji literatury, o czym zresztą pisze też w eseju:

Aplikacje do czytania e-booków i e-readery zbierają informacje o każdej interakcji czytelnika z książką: kiedy ją otworzył, kiedy zamknął, kiedy przewrócił stronę (a zatem – jak szybko czyta), które fragmenty wyjątkowo mu się spodobały (bo je podkreślał, dzielił się nimi ze znajomymi, zapisywał), które spowodowały trudność w lekturze (bo sprawdzał wtedy słowa w Wikipedii lub słowniku), jaki bohater, twist fabularny, styl przyspieszyły lekturę, a jaki do niej zniechęcił, w którym momencie czytelnik zdecydował się zakupić kolejne e-booki itd., itp.

Ta inwigilacja odbywa się nie tylko na poziomie hardware’u (czytnika). Niedawno firma Adobe przyznała, że Adobe Digital Editions 4 również zbiera dane o zachowaniach użytkowników programu. Po otwarciu formatu epub na JavaScript (londyńska firma Jellybooks wprowadziła taką innowację) już każdy e-book podany w epub3 będzie mógł przeczytać swojego czytelnika. (Ostrzegam: „Starość aksolotla” wychodzi w formacie epub3).

Tyle że wtedy nie patrzył na ten proceder z takim spokojem (o ile dobrze pamiętam), z jakim ponownie go analizuje na łamach „Książek”. Polecam cały tekst.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Nie przesadzał bym – książka tradycyjna jest po prostu trwalsza oraz bardziej (praktycznie idealnie) autonomiczna, zaś książki „elektroniczne” są nietrwałe oraz zależne od infrastruktury choćby tylko energetycznej i serwisowej (możliwość podładowania baterii oraz jej wymiany). Jak to pisał niedawno A.L., stare („giętkie”) dyskietki są po kilkudziesięciu latach często nie do odczytania, a kilkusetletnie książki wciąż są w doskonałym stanie. Poza tym, to nawet niewielka awaria czytnika typu Kindle (nawet zużycie baterii, nie mówiąc już o awarii ekranu) wyłącza go z użytkowania, podczas gdy książka bez okładki, z pogiętymi kartami i brakującymi kartkami wciąż da się czytać. Nie mówiąc już o tym, że tradycyjna książka nas nie szpieguje…

  2. Widzę, że prawo Lema ma się doskonale: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.
    Najpierw wydrukowano je w artykule Lema „Posthuma I” – Pismo, 1981, Nr.7, s.110: „Co do czytającej publiczności, ukułem w oparciu o własne i cudze doświadczenia trzy prawa lektury. Primo, nikt nic nie czyta. Secundo, jeśli czyta, to nic nie rozumie. Tertio, jeśli czyta i nawet rozumie, to natychmiast zapomina…

  3. Lem wiecznie żywy…

css.php