Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

25.06.2015
czwartek

Bój o książkę ostatni?

25 czerwca 2015, czwartek,
nie-ide-z-toba-do-lozka

Femen w kampanii „Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!” – fot. nieczytasz.pl

Trwają prace nad Ustawą o książce. Uwagę komentatorów zwraca jeden jej aspekt – propozycja wprowadzenia stałej ceny końcowej na nowości.

Pomysł ten budzi duże emocje, czego dowodem ubiegłotygodniowy komentarz Wojciecha Maziarskiego w „Gazecie Wyborczej”, broniącego wolnego rynku przed lobby księgarskim i naiwnymi – zdaniem dziennikarza – autorami. Stała cena to jednak tylko jeden z instrumentów porządkowania świata książki, który w Polsce znalazł się na progu katastrofy, zarówno w wymiarze ekonomicznym, jak i kulturowym (wskaźniki czytelnictwa).

W dzisiejszej „Wyborczej” Roman Pawłowski rozmawia z Grzegorzem Gaudenem, szefem Instytutu Książki, tydzień temat o problemie mówiła Beata Stasińska, w maju sprawę omawiały w POLITYCE Justyna Sobolewska i Aleksandra Żelazińska.

Polski rynek książki jest chory. Z jednej strony rządzi oligopol dystrybutorów, którzy korzystając ze swej siły, odwlekają m.in. płatności i wymuszają rabaty, które niszczą wydawców, którzy z kolei najczęściej przenoszą swoje problemy na autorów. Z drugiej strony zakupy biblioteczne w Polsce należą do najniższych w Europie (u nas 8 woluminów na 100 mieszkańców, mniej niż w okresie PRL; w Danii 30). System zakupów publicznych do bibliotek wspomaga rynek książki nie tylko przez samo kreowanie dodatkowego popytu, lecz także przez wsparcie rozwoju nawyku czytelnictwa.

A poziom czytelnictwa w Polsce także należy do najniższych w Europie, czyta mniej niż połowa obywateli, czyli dwukrotnie mniejszy odsetek niż w sąsiedniej Czeskiej Republice. Książka jest obca nie tylko przedstawicielom tzw. klas ludowych, lecz także pokaźnemu odsetkowi absolwentów wyższych uczelni. Już wykładowcy polonistyki skarżą się, że studenci nie czytają zadanych lektur, tylko omówienia.

Książka to więcej niż produkt, to element instytucji czytelnictwa, najbardziej wyrafinowanej instytucji kultury nowoczesności. Instytucje tę tworzy złożony ekosystem: autorzy, wydawcy, księgarnie, dystrybutorzy, czytelnicy, biblioteki, szkoły, recenzenci, festiwale i targi, spotkania autorskie. Ta instytucja w Polsce przeżywa głęboki kryzys, rynek wydawniczy się kurczy: z maksimum obrotów na poziomie 2,9 mld zjechał do 2,5 mld, bez podręczników i książek akademickich to zaledwie 1,5 mld. Maleje liczba księgarni – w ostatnich latach zniknęło ich ok. 800, 30 proc. stanu. Sprzedaż internetowa tylko częściowo wypełnia lukę, podobnie jak sprzedaż bestsellerów w sieciach handlowych.

Ratowanie ekosystemu polskiej książki wymaga działań na wielu frontach, od rozwoju czytelnictwa, czym zajmuje się Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa stworzony z inicjatywy Obywateli Kultury, przez regulację rynku, czym ma się zająć dyskutowana Ustawa o książce. Kontrowersje budzi pomysł jednolitej ceny.

To rozwiązanie szeroko stosowane w krajach europejskich, modelowym rozwiązaniem jest system francuski wprowadzony w 1981 r. przez Jacka Langa. Jego efektywność doczekała się już dobrych analiz, warto się w nie wczytać. Rynek książki regulują Niemcy, Włosi, Izraelczycy – generalnie z pożytkiem dla wszystkich jego uczestników.

Wielu komentatorów zwraca uwagę, że cała ta walka nie ma sensu wobec zmiany technologicznej: ludzie wcale mniej nie czytają, tylko rzadziej sięgają po książki; jeśli już to kupują je w internecie etc. Cóż, informacje z rynków rozwiniętych pokazują, że ten technologiczny determinizm nie znajduje uzasadnienia w faktach. Sprzedaż ebooków w USA osiągnęła nasycenie, wraca moda na czytanie książek drukowanych. Odradzają się księgarnie niezależne, którym jeszcze dekadę temu wieszczono upadek. W Buenos Aires, światowej stolicy książki, działa z powodzeniem ok. 750 księgarń, mimo że internet ma się tam dobrze. W Wielkiej Brytanii, gdzie najbardziej uwierzono w wolny rynek, nastąpiła rzeź księgarń, odbudowuje się natomiast czytelnictwo w najmłodszym pokoleniu.

Czy jest jednak w ogóle o co walczyć? Czy książka nie jest przeżytkiem nowoczesności? Tylko o tyle, o ile przeżytkiem takim jest również demokracja i inne nowoczesne instytucje. Jeśli uznamy, że demokracja jest nie tylko techniką władzy, lecz sposobem życia, to umiejętność lektury jest jedną z podstawowych kompetencji demokratycznych. Walcząc o ekosystem książki w Polsce, walczymy o przetrwanie w niej zarówno kultury, jak i demokracji.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 36

Dodaj komentarz »
  1. Red. Bendyk
    Żałosny marketing…
    I gdzie ma Pan dziś demokrację? Myli Pan, i to wyraźnie, demokrację z plutokracją!
    Zaś kultura jest pojęciem znacznie szerszym niż to, co Pan przez nią rozumie. Kultura może być wysoka i niska, rozwinięta i prymitywna, tolerancyjna i nietolerancyjna, świecka i religijna itd. Po prostu kultura to jest wszystko to, co nie jest naturalne, a więc utożsamia się ja w praktyce z cywilizacją…
    No cóż, poziom edukacji w Polsce wciąż się obniża! 🙁

  2. P.S.
    Rynek książki jest dziś w Polsce tak samo chory jak rynek samochodów, mieszkaniowy czy też rynek pracy. Po prostu polaków NIE jest stać dziś stać na zakup nowych książek, samochodów czy mieszkań po cenie rynkowej, jako że ceny mamy dziś w Polsce jak w Beneluksie, a zarobki i (relane) bezrobocie jak w Bangladeszu. 🙁

  3. Powinno być:
    Rynek książki jest dziś w Polsce tak samo chory jak rynek samochodów, mieszkaniowy czy też rynek pracy. Po prostu polaków NIE jest dziś stać na zakup nowych książek, samochodów czy mieszkań po cenie rynkowej, jako że ceny mamy dziś w Polsce jak w Beneluksie, a zarobki i (realne) bezrobocie jak w Bangladeszu. 🙁

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Chory rynek? Chory rynek! Jakim cudem? Przecież działa zdrowa ręka rynku wolnego. No, chyba że ten rynek nie jest wolny. To co innego. Wtedy nie jest rynkiem.

  6. Och, to zrozumiale, że książka, podobne jak tabliczki gliniane, niedługo opuści ten padół. Od paru już lat wszystkie moje zakupy czynione są w iTunes Store i polski rynek księgarzy na mnie nie zarobi, księgarnie mnie nie ujrzą. Zresztą zastawione są Janami Pawlami i IPNowską propagandą, głupkowatymi poradnikami i różnym śmieciem do tego stopnia, że zgadzam się, iż nie ma o co walczyć. Można przepchnąć Polskę do XXI wieku, można usiłować konserwować wiek XVIII i miejscami XIX (jak to się dzieje od ćwierćwiecza). Także w tej dziedzinie.

  7. cccamel
    Bez przesady. Od lat mieszkam w Portugalii, i tu, pomimo poważnego kryzysu gospodarczego, spowodowanego głównie przyjęciem euro, książki są kupowane i czytane, a jeszcze lepiej przedstawia się pod tym względem sytuacja w pobliskiej Hiszpanii. Tyle, że na Półwyspie Iberyjskim księgarnie nie są zawalone Janami Pawłami II i IPNowską propagandą, a głupkowatych poradników czy też innego śmiecia jest tu w księgarniach także znacznie mniej niż w Polsce. Każda większa księgarnia ma też tu spory dział angielskojęzyczny, a niektóre także francuskojęzyczny. Najładniejsza księgarnia na świecie znajduje się zresztą w Porto!

  8. @cccamel:
    Ostatnio więcej czytam ebooków, niż książek drukowanych, ale…
    — więcej, nie oznacza wyłącznie,
    — liczba dostępnych tytułów w wersji elektronicznej jest wciąż wyraźnie mniejsza niż w wersji drukowanej (nie uwzględniam tu wydań własnych), co oznacza, że są interesujące mnie tytuły, które wersji elektronicznej się nie doczekały,
    — Jana Pawła II w księgarniach jest trochę, „IPeeNowskiej propagandy” dużo więcej (swoją drogą: nie byłoby jej, gdyby nie cieszyła się powodzeniem), ale nawet dodając do tego poradniki nie zbliżamy się do połowy tytułów w księgarniach…
    — istnieją też książki, które służą do brania do ręki — albumy, wydawnictwa cechujące się dopracowaną stroną graficzną, itp..

  9. PAK4
    Ciekawe, że rząd RP ma pieniądze na finansowanie tak wyraźnie propagandowej instytucji, jaką jest przecież IPN, a nie ma ich na walkę z bezrobociem czy tez z bezdomnością czy też na służbę zdrowia. 🙁

  10. P.S.
    Przecież po cenie rynkowej, to publikacje IPNu nie miały by szansy być sprzedane!

  11. Prosty przykład.

    Za ile godzin pracy można kupic książkę w Polsce, a za ile minut, na Zachodzie?
    Te same tytuły, mają w zależności od kraju, bardzo różną wartość.
    To samo, z kosztami biletów do kina, czy teatru.

    Mamy ceny WYŻSZE niż na Zachodzie, przy niższych płacach.
    A niewielkie dotacje, czy subwencje, tego nie zmienią.
    Czy jest to polityka celowa, czy tak jakoś wyszło?

    Być może, „głupimi łatwiej rządzić”?

  12. Dla przykładu:

    „On Basilisk station”- 7,99$
    „Placówka Basilisk” -28 zł

    Przy pensji minimalnej, 1 a 2 godziny pracy, to spora różnica……..

  13. @wiesiek59 26 czerwca o godz. 15:41
    „Przy pensji minimalnej, 1 a 2 godziny pracy, to spora różnica……..”
    Wycena kosztu książki w godzinach pracy jest ważna ale moim zdaniem jeszcze ważniejszy jest tzw. dochód rozporządzalny, czyli ten, jaki nam pozostaje po opłaceniu wszystkich koniecznych rzeczy.

    Książki, a z pewnością wszystkie te, które nie służą natychmiastowemu zwiększeniu zarobków, należą do dóbr luksusowych i opcjonalnych, kupowanych tylko wtedy, gdy dochód rozporządzalny jest większy od zera.

  14. To nie rynek jest chory. Ludzie nie chcą czytać. Gdyby nawet książki były o połowę tańsze, ba za darmo dostarczane do domu to i tak by ludzie ich nie czytali.

  15. Witold
    Skąd ty wiesz, że ludzie nie chcą czytać? Na podstawie opinii twych znajomych?

  16. Wiesiek
    Masz oczywiście rację, ale wytłumacz to odpornym na fakty zwolennikom PO.

  17. Lem Stanislaw: Polak nie czyta. Jak czyta to nie zrozumie. Jak zrozumie, to zapomni

  18. Leonid.
    Czytania książek trzeba uczyć od dzieciństwa w domu. Jeśli się tego nie robi, żadne państwowe programy ani cenowe zachęty nie pomogą.

  19. A.L.
    27 czerwca o godz. 1:43

    Ale Polak słucha muzyki. Ale Polak ogląda filmy. Ale Polak robi zdjęcia. Ale Polakiem jest autor tego bloga Edwin Bendyk. Ale Edwin Bendyk czyta, rozumie i nie zapomina. Ale Stanisław Lem nie ma racji i plecie bzdury.

  20. A.L.
    27 czerwca o godz. 1:43

    Co do zrozumienia to:

    – większości tekstów nikt za chiny nie zrozumie, nawet Lem, nawet Bendyk, bo autorzy specjalnie piszą, aby ich nie rozumieć. Np. papież awangardy pisał tylko dla dwunastu.

    – Np. niewielu i to przy gigantycznym wysiłku umysłowym zrozumie taki choćby wiersz „Ogród” Grochowiaka. Brawo dla Grochowiaka!

    – Mnóstwo tekstów trzeba przeżyć, przeżywać, odbierać emocjonalnie, więc próba ich zrozumienia jest szkodliwa.

    – Rezygnują z Nowej Matury (test czytania ze zrozumieniem), bo to była kpina: najpierw ustalano klucz, w jaki sposób można by dany tekst zrozumieć, a dopiero potem dopasowywano odpowiedzi uczniów do tego klucza.

    – itd. itd. Kapewu?

  21. A.L.
    Nie tylko Polacy nie czytają, a jak czytają to nie rozumieją tego co czytają, a jak nawet zrozumieją, co przeczytają, to i tak zarazto zapominają. Swoją drogą, to tu jest wszystko wytłumaczone: „Zgodnie z przyjętą systematyką występujące w naszej Galaktyce formy anormalne obejmuje typ Aberrantia (Zboczeńce), dzielący się na podtypy Debilitales (Kretyńce) oraz Antisapientinales (Przeciwrozumce). Do tego ostatniego podtypu należą gromady Canaliacaea (Paskudławce) i Necroludentia (Zwłokobawy). Wśród Zwłokobawów rozróżniamy z kolei rząd Patricidiaceae (Ojcogubce), Matriphagideae (Matkojady) i Lasciviaceae (Obrzydłce, czyli Wszeteki). Obrzydłce, formy już skrajnie zwyrodniałe, klasyfikujemy, dzieląc na Cretininae (Tępony, np. Cadaverium Mordans, Trupogryz Bęcwalec) i Horrorissimae (Potworyjce, z klasycznym przedstawicielem w postaci Mętniaka Bacznościowca, Idiontus Erectus Gzeemsi). Niektóre z Potworyjców tworzą własne pseudokultury; należą tu gatunki takie, jak Anophilus Belligerens, Zadomiłek Zbójny, który nazywa siebie Genius Pulcherrimus Mundanus, albo jak ów osobliwy, łysy na całym ciele egzemplarz, zaobserwowany przez Grammplussa w najciemniejszym zakątku naszej Galaktyki – Monstroteratum Furiosum (Ohydek Szalej), który zwie siebie Homo sapiens.”
    Stanisław Lem „Dzienniki gwiazdowe”, „Podróż ósma”. (http://niniwa22.cba.pl/lem_podroz_osma.htm)

  22. A.L.
    Podobno fundamentalne dzieło matematyczne Lorda Russella p.t. „Principia mathematica” zrozumiało tylko sześciu ludzi na całym świecie, z których trzech było Polakami (Klemens Szaniawski, Przedmowa do pierwszego wydania, w: Bertrand Russell „Autobiografia 1872-1914”, Warszawa 1996).Według Klemensa Szaniawskiego niewielu jest ludzi zdolnych przeczytać ten długi i bardzo trudny tekst „Principiów”, a jednocześnie Russell bardzo cenił dokonania logików polskich, zwłaszcza Leona Chwistka.

  23. Leonid
    27 czerwca o godz. 11:00

    Uff, co za szczęśliwość wiekuista, że Lem sam siebie samiuśkiego zapewne zaliczył do form normalnych… Hm, jednak: klasyfikować innych wedle widzimisię to normalne, czy raczej nie.

  24. takei
    Lem siebie też zaliczał do lepniaków, czyli inaczej do reprezentantów gatunku Monstroteratum Furiosum (Ohydka Szaleja).

  25. Takei
    Cytuję z Lema („Dzienniki gwiazdowe”, „Podróż jedenasta”):
    „…roboty nazywają ludzi lepniakami. Samych siebie mieli za wspanialców”. (…)
    LEPNIAK W DYBACH
    Dwyoca halebardyerów Jego Induktywności przydybała nynie w trzeci poranny dzwon lepniaka śpiegarza, któren w oberży wsp. Mremrana schronu w plugastwie swym szukał. Wiernym Induktywności sługą będąc, wsp. Mremran w dyrdy Halebardyenię grodzką powiedomił, zaczem wraży śpion, z przyłbicą otwartą ku pohańbieniu, okrzyki nienawistnymi gawiedzi odprowadzon, do turmy Calefaoustrum ciśniony został. Causam iego iuror II Semperititiae Turtran zaincyplowal. (…)
    OBWIESZCZENIE
    Zwierzchności grodziszcza wiadomem iest, iako plugastwo lepniacze wpełznąć w szeregi prawych się wspanialców wysila. Ktokolwiek zoczy lepniaka lebo indywiduum, podeźrzeniom asumpt daiące, w mig ma halebardyerni swey donieść. Spólnictwo wszelakie z onym lebo pomoc mu dana, rozśrubowaniem in saecula saeculorum karanem będzie. Za lepniaka głowę praemium 1000 ferklosów się ustanawia. (…)
    Z nudów grzebałem w biblioteczce domowej gospodarzy, ale nie było w niej nic ciekawego: kilka nędznych przedruków pamiętników markiza de Sade, poza tym same broszurki, takie jak ‚Rozpoznawanie lepniaków’, z której zapamiętałem parę ustępów. ‚Lepniak – zaczynał się tekst – jest wielce miękki, konsystencją podobny do piroga… Oczy jego tępawe, wodniste, obrazem plugastwa duszebnego są. Lice gumiaste…’ i tak dalej, przez sto bez mała stron. (…)
    Pod pryczą coś leżało. Była to broszurka o wykrywaniu lepniaków – czy podłożono ją dla drwiny, przez niską złośliwość? Otwarłem ją mimo woli. Przeczytałem najpierw o tym, jak to górna część lepniaczego tułowia porusza się w związku z tak zwanym oddychaniem, jak należy sprawdzać, czy ręka, którą podaje jest c i a s t o w a t a oraz czy z jego otworu gębowego nie wydobywa się l e k k i w i e t r z y k. Podniecony – kończył ustęp – wydziela z siebie lepniak wodnistą ciecz, głównie czołem. Było to dosyć ścisłe. Wydzielałem tę wodnistą ciecz.”
    (http://niniwa22.cba.pl/lem_podroz_jedenasta.htm)

  26. Leonid
    27 czerwca o godz. 13:51

    Ale czy sam siebie wliczał do normalnych?

    Leonid
    27 czerwca o godz. 14:08

    Dla mnie Lem jest niestrawny. W przeciwieństwie do Grochowiaka…

  27. Takei
    Są gusty, guściki i guścięta.

  28. Leonid
    27 czerwca o godz. 21:48

    Ale czy Lem siebie zaliczał do normalnych?

    Owszem, są i guścięta, jak i jest Literatura i literaturka. Np. Lema za jakiś czas niemal nikt nie będzie czytać, a Mickiewicza zawsze i bardzo wielu…

  29. takei
    A kto dziś czyta Mickiewicza z własnej, nieprzymuszonej woli? Wiem, On „wielkim poetą był”, ale to jest tylko sąd estetyczny, a więc z definicji w 100% arbitralny.
    P.S. Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? (…) Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! (Gombrowicz)
    Więcej: – Hm… Hm… A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego płaczemy z poetą czytając ten cudny, harfowy poemat ‚W Szwajcarii’? Dlaczego, gdy słuchamy heroicznych, spiżowych strof ‚Króla Ducha’ wzbiera w nas poryw? I dlaczego nie możemy oderwać się od cudów i czarów ‚Balladyny’… Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze do głowy (…).

  30. takei
    Moim zdaniem, opartym na rozmowach z Lemem, rozmowach z osobami, które dobrze znały Lema jako człowieka i jako autora, oraz na podstawie jego twórczości, to Lem nie był człowiekiem, a tylko przedstawicielem tzw. ETI (pozaziemskiej inteligencji), zresztą bardziej zaawansowanej niż nasza, a dobrze ukrytej w ciele tzw. człowieka czyli inaczej lepniaka. A czy był on normalnym przedstawicielem swojego gatunku, to tego niestety nie wiem. Jeśli to była baaardzo zaawansowana inteligencja, to mógł być on nawet znacznie poniżej średniej IQ dla swego gatunku.

  31. P.S.
    Za tym, że Lem był dość przeciętnym, jeżeli nie nawet substandardowym przedstawicielem wysoko rozwiniętej cywilizacji świadczy choćby to, że pozostał on na Ziemi, jako że błyszczał on wśród ludzi na tej samej zasadzie, na jakiej jednooki jest królem wśród ślepych…

  32. Wazne jest chyba nie ile sie czyta, ale co. Jezeli ktos kto czyta pudelka mialby zamiast tego siegnac po Paolo Coehlo, moze sprzedaz ksiazek by podskoczyla ale nie za bardzo widze jak mialoby sie to przelozyc na wzrost kapitalu kulturalnego spoleczenstwa. Jesli natomiast autora bloga nie interesuje trec, a jedynie ilosc przeczytanych stron, to zyjemy w zlotej erze – statystyczny Kowalski praktycznie codziennie czyta cos w internecie podczas gdy w przeszlosci nie widzial slowa pisanego na oczy po ukonczeniu szkoly. Czytanie literatury non-fiction, nawet tej popularnej (jak np. ksiazki autora bloga) zawsze bylo i pozostanie zajeciem raczej elitarnym, wszelkie kampanie i ustawy moga ludzi zachecic jedeynie do czytanie ksiazek typu „Zmierzch” lub „50 twarzy…” i naprawde nie widze, jak takie przedsiewziecia mialyba pozytywnie wplynac na rozwoj kulturalny.

  33. lakkot
    Dość wąsko rozumiesz pojęcie „kultura” a więc też i jej rozwój. Poza tym, to w XVIII wieku do opery, szczególnie na dzieła Mozarta, chodził niemalże cały Wiedeń. A z tego, że dziś do opery chadza regularnie góra jakieś 10% Wiedeńczyków, nie można przecież wyciągać pochopnego wniosku, że poziom kultury drastycznie się w tymże Wiedniu obniżył, jako że z operą konkurują w nim dziś także kino, telewizja oraz internet. Przecież poziom Opery Wiedeńskiej na pewno poprawił się w stosunku do XVIII wieku, a to, że uczęszcza dziś do niej (proporcjonalnie) mniej Wiedeńczyków niż dawniej wynika m. in. z tego, że dawniej wystawiano w niej nie tylko Mozarta, ale także schlebiające niezbyt wyszukanym gustom „dzieła” pomniejszych kompozytorów, o których, poza może Salierim (ale z przyczyn raczej poza-muzycznych), nikt dziś nie słyszał, poza garstką historyków opery, a dziś wystawia się w niej także trudne w odbiorze współczesne opery a także niezbyt łatwe do odbioru, nawet dla melomanów, dzieła Wagnera czy też Musorgskiego, oraz last but not least, ponieważ płace muzyków w Austrii znacznie wzrosły (i to realnie) w porównaniu do XVIII wieku, to wzrosły też i ceny biletów do tejże opery. Jak to mówią. „ekonomia głupcze”…

  34. Ksiazki w Polsce sa porazajaco drogie. 50 zlotych dla przecietnego obywatela to jednak dosyc duzo. W Ameryce przecietna cena ksiazki to 30 dolcow minus rozmaitego rodzaju znizki.

    Ksiazki za 50 dolcow bym nie kupil, chyba ze to rzecz profesjonalna, niezbedna do pracy. Wtedy moge ja odciagnac od podatku.

    Myslenie ze jak sie podniesie i ustywni cene ksiazek to czytelnictwo wzrosnie, jest mysleniem magicznym

  35. Andrzej Lewandowski
    Oczywiście, że myślenie że jak się podniesie i usztywni cenę książek to czytelnictwo wzrośnie, jest myśleniem magicznym.

  36. Pan Bendyk
    Zwracam uwagę, że największą szkodę polskiemu czytelnictwu, a właściwie polskiemu rynkowi literatury, wyrządziły kompletnie nieodpowiedzialne ruchy polskiej władzy, która zniszczyła wydawców literatury szkolnej (a to w wielu wypadkach dawało wydawcom podstawy finansowe do szerszego działania). Państwowe wydawanie elementarza, na dodatek z drakońskim traktowaniem uczniów, którzy zostali zobowiązani do traktowania narzędzi roboczych jak świętej państwowej krowy. I to pod groźbą kary, czyli maleńki człowieczek pozbawiony prawa do samodzielności i wiecznie po na łasce władzy.
    Zamiast poprawić albo po prostu choćby dopłacać do każdego sprzedanego egzemplarza pieniądze wydane zostały na zniszczenie kwitnącego rynku i stworzenie sztucznego tworu do obsługi kolesiów i na państwowym garnuszku. Może się mylę, ale trudno o gorsze, głupsze i bardziej niszczące rynek wydawniczy rozwiązanie na całym świecie. Przy jawnej i wspierającej akceptacji świata mediów. Po prostu: To nie zielone ludziki niszczą wydawnictwo a bezsensowna polityka. Nie darmo Kluzik pochodzi z PiSu. To samo myślenie, że tylko państwo coś załatwi. Błędnie rozumuję?

  37. Vera
    Na początek wystarczy zwolnić książki i księgarnie od podatków VAT i CIT.

css.php